Potem były drobne rzeczy. Marzena wspomniała przy kawie, że koleżanka z pracy umieściła matkę w takim „wspaniałym ośrodku pod Mrągowem” i że matka jest „taka zadowolona, bo ma towarzystwo”.
Dariusz przy następnej wizycie zostawił na stoliku w przedpokoju folder – błyszczący, kolorowy, z uśmiechniętymi staruszkami na okładce. „Dom Seniora Złota Jesień”. Udałam, że go nie widziałam.
A potem przyszedł ten czwartek.
Marzena zaprosiła mnie na obiad. Przyjechała po mnie samochodem, chociaż normalnie jeżdżę autobusem i nigdy o to nie proszę. W domu pachniało pieczenią i jabłkami. Stół nakryty jak na święto – serwetki, kieliszki, nawet świeczka. Pomyślałam wtedy, że może mają mi coś miłego do powiedzenia. Może Marzena jest w ciąży – choć w jej wieku byłby to cud. Może Dariusz dostał awans w firmie budowlanej.
Jedliśmy. Rozmowa płynęła normalnie – o pogodzie, o sąsiadce, która znowu zalała piętro niżej, o tym, że wnuczka Paulinka dostała szóstkę z polskiego. Potem Dariusz odłożył widelec, otarł usta serwetką i pochylił się w moją stronę.
– Pani Lucyno – zaczął, i już po tym „pani Lucyno” wiedziałam, że będzie źle. Przez dwadzieścia lat mówił do mnie po imieniu albo „mamo”. – Rozmawialiśmy z Marzeną i chcielibyśmy poruszyć pewien temat.
