Spojrzałam na córkę. Siedziała z opuszczonym wzrokiem i obracała obrączkę na palcu.
– Pani zdrowie nas niepokoi – ciągnął Dariusz. – Ten upadek, nadgarstek, no i sama pani wie, mieszkanie na trzecim piętrze bez windy, to nie jest optymalne rozwiązanie.
Optymalne rozwiązanie. Mówił o moim domu – o mieszkaniu, w którym wychowałam Marzenę, w którym umarł Staszek, w którym każdy mebel ma swoją historię – jak o „rozwiązaniu”.
– Jest taki ośrodek pod Mrągowem. Bardzo dobry standard, opieka całodobowa, lekarz na miejscu. Bo tam będą się panią lepiej zajmować niż pani sama.
Cisza. Zegar na ścianie tykał tak głośno, jakby ktoś podkręcił mu dźwięk.
Czekałam. Patrzyłam na Marzenę i czekałam. Jedno słowo. Jedno „tato, przesadzasz” albo „mamo, to nie tak” albo choćby „porozmawiajmy o tym spokojnie”. Cokolwiek.
Marzena wstała od stołu. Zebrała talerze. Podeszła do zlewu i odkręciła wodę.
I wtedy zrozumiałam, że to nie jest pomysł Dariusza. To znaczy – słowa były jego. Ale ta kolacja, serwetki, kieliszki, pieczeń – to było przygotowane. Przez nią. Ona wiedziała. Wiedziała i się zgodziła. A teraz zmywała naczynia, żeby nie musieć patrzeć mi w oczy.
Nie powiedziałam jej, że wybaczyłam. Bo nie wiem, czy wybaczyłam. Ale nalałam jej drugą herbatę. I opowiedziałam, jak wnuczka Paulinka napisała do mnie list z rysunkiem babci na tle bloku. Babcia miała na rysunku trzy piętra pod nogami i koronę na głowie.
Może Paulinka rozumie więcej niż dorośli.
Nadal mieszkam na trzecim piętrze. Kupiłam nowe kapcie – na rozmiar. Założyłam matę antypoślizgową w łazience. I codziennie wchodzę po schodach, licząc stopnie. Czterdzieści osiem. Dokładnie tyle samo co wczoraj i tyle samo co jutro.
Folder „Złota Jesień” podłożyłam pod nierówną nogę od szafki w przedpokoju. Idealnie pasował.
