Marzena przyjechała następnego dnia z torbą zakupów i miną, jakbym miała co najmniej raka. Chodziła po moim mieszkaniu, zaglądała do lodówki, sprawdzała, czy mam czyste ręczniki. Znałam tę jej minę od dziecka – zaciskała usta dokładnie tak jak jej ojciec, mój Stanisław, kiedy się martwił, ale nie chciał tego okazać.
Przez pięć lat po śmierci Staszka radziłam sobie sama. Opłacałam rachunki, robiłam zakupy, chodziłam na spacery nad Łyną, w niedzielę na mszę do katedry. Przez trzydzieści osiem lat pracowałam na poczcie – sortowałam, podawałam, liczyłam, dźwigałam paczki. Nie byłam kobietą, która się poddaje.
Ale ten złamany nadgarstek coś zmienił. Nie we mnie – w nich.
Dariusz zaczął dzwonić częściej. On, który przez dwadzieścia lat małżeństwa z Marzeną odezwał się do mnie może sto razy z własnej inicjatywy. Nagle pytał o zdrowie, o ciśnienie, czy wzięłam leki.
Raz przyjechał sam, bez Marzeny, i chodził po mieszkaniu z taką miną, jakby wyceniał metraż. Stanął przy oknie w dużym pokoju, tym z widokiem na park, i powiedział: – Ładna okolica. Teraz to pewnie ze cztery tysiące za metr, nie?
Nie odpowiedziałam. Ale zapamiętałam.
