Spojrzał na Milesa ze spokojem i zdecydowaną życzliwością.
Miles patrzył na niego wyczerpany własną złością, zmęczony słuchaniem, jak współczucie innych brzmi jak kłamstwo.
A potem, ponieważ był zdesperowany, rozgoryczony i zmęczony poczuciem bezsilności, powiedział coś, czego nie miał na myśli.
Albo może myślał tak bardziej, niż chciał przyznać.
Umowa
„Dobrze” – powiedział Miles, pochylając się lekko do przodu. „Zawrzyjmy umowę”.
Owen mrugnął.
Miles przełknął ślinę i wypowiedział te słowa w formie wyzwania.
„Jeśli możesz mi pomóc – jeśli potrafisz zrobić to, czego nie udało się wszystkim tym ekspertom – to dam ci połowę mojego majątku. Dam twojej rodzinie życie, którego nawet nie potrafisz opisać słowami. Podpiszę kontrakt. Sprawię, że to się spełni”.
Jego głos pod koniec zadrżał i zdenerwowało go to, że zabrzmiało to jak nadzieja.
Potem jego twarz znów stwardniała.
„Ale jeśli nie możesz” – dodał Miles – „zostaw mnie w spokoju”.
Przez sekundę chłopiec stał tam nieruchomo, jakby zastanawiał się, czy Miles mówi poważnie.
Wyraz twarzy Owena nie zdradzał strachu.
Stała się zdeterminowana.
Podszedł prosto do krzesła i usiadł na trawie.
Następnie, nie pytając o pozwolenie, położył swoją małą dłoń na kolanie Milesa.
Jego dłoń była ciepła. Lekko brudna od ogrodu.
Pierwszym odruchem Milesa była chęć odejścia.
Odepchnij rękę i krzycz.
Ale coś w twarzy chłopca go powstrzymało.
Wyglądało na to, że Owen zamierza zrobić coś ważnego, coś świętego, tak jak dzieci wierzą w pewne rzeczy, nie potrzebując dowodów.
„Czy mogę się za ciebie pomodlić?” – zapytał łagodnie Owen.
Gardło Milesa się ścisnęło.
Chciał się śmiać. Chciał powiedzieć nie.
Zamiast tego usłyszał swoją odpowiedź, jak człowiek, który nie ma wyboru.
„Rób, co chcesz” – mruknął, zamykając oczy.
Modlitwa przypominająca rozmowę
Owen mocno zamknął oczy i przemówił głosem, który nie był ani przygotowany, ani afektowany.
To był głos dziecka mówiącego do kogoś, komu ufało.
„Mój Boże” – mruknął Owen – „to pan Miles. Jest naprawdę smutny. Ma wiele wad, ale żałuje, że nie może już chodzić. Mówiono mu, że to niemożliwe, ale Ty stworzyłeś ludzi, więc potrafisz robić rzeczy, których nikt inny nie potrafi”.
Owen zamilkł, jakby czekał na odpowiedź, którą tylko on będzie mógł usłyszeć.
„Proszę, daj mu trochę siły” – powiedział. „Choćby odrobinę. Żeby mógł wstać. Żeby mógł wyjść na zewnątrz bez mdłości. A może kiedyś będzie mógł pokopać ze mną piłkę. Amen”.
Nie mogło to trwać dłużej niż dziesięć sekund.
Miles czekał na znajomą pustkę.
Ta sama cisza.
To samo rozczarowanie.
Potem coś się zmieniło.
