Pod starym drzewem
Miles podjechał swoim napędzanym silnikiem wózkiem inwalidzkim na sam koniec swojej posiadłości, mijając starannie zagospodarowany teren, o który ktoś inny dbał w sposób perfekcyjny, i kamienną ścieżkę prowadzącą do ogrodu, którym już nie chciał się cieszyć.
Niedaleko tylnego płotu rósł stary dąb, gruby i wytrzymały, drzewo, które zdawało się przetrwać setki burz, nie dając po sobie poznać najmniejszego śladu.
Miles zatrzymał się w cieniu i wpatrywał się w swoje nogi, jakby należały do kogoś innego.
Zacisnął dłonie w pięści.
Uderzał się po udach raz po raz, nie dlatego, że bolało, ale dlatego, że nie bolało.
Nienawidził tego bardziej niż czegokolwiek innego.
Jego głos stał się chrapliwy i ochrypły, rozchodząc się w pustkę.
„Zabierz to!” krzyknął, zwracając się do wszystkiego i do niczego. „Zabierz pieniądze, dom, wszystko! Oddaj mi moje życie!”
Z trudem przełknął ślinę, oddychając tak, jakby biegł, chociaż w ogóle się nie poruszył.
Wtedy cichy głos przebił się przez ciemność, którą tworzył.
“Panie… dlaczego pan płacze?”
Miles odwrócił się tak gwałtownie, że jego krzesło mocno zawibrowało.
Kilka metrów dalej stał chłopiec, częściowo ukryty za krzakami róż, jakby próbował być jednocześnie odważny i dyskretny.
Był niski, może sześcioletni, z rozczochranymi włosami i trampkami, które wyglądały na noszone dziesiątki razy. Jego koszulka była za duża i wyblakła, a oczy szeroko otwarte, z tym szczerym spojrzeniem dzieci, które jeszcze nie wiedzą, co mają udawać.
Miles go rozpoznał.
To był Owen, syn gospodyni, który mieszkał w małym pokoju dla służby, znajdującym się za garażem.
Miles zacisnął szczękę.
„Nie masz tu nic do roboty” – warknął. „Ta część ogrodu jest niedostępna. Idź do domu”.
Chłopiec się nie poruszył.
Zbliżał się powoli, jakby zbliżał się do rannego zwierzęcia, które mogło ugryźć.
„Słyszałem cię” – powiedział Owen. „Bolą cię nogi?”
Miles wydał z siebie krótki, gorzki śmiech.
„Nie” – powiedział sucho. „Nie bolą. W tym problem. Nie czuję ich już tak jak kiedyś. Nie mogę ich już używać. I to się nie zmieni”.
Owen przechylił głowę, jakby próbował zrozumieć trudne zadanie matematyczne.
„Moja matka mówi, że nikt nie jest zbyt złamany dla Boga” – stwierdził po prostu.
Słowa te wydały się Milesowi niczym obelga przebrana za pocieszenie.
Poczuł, jak w jego wnętrzu natychmiast narasta gniew, szybko i intensywnie.
„Twój Bóg o mnie zapomniał” – powiedział Miles. „Zapłaciłem za najlepszą opiekę na świecie. Zrobiłem wszystko jak należy. I nic nie pomogło”.
Owen nawet nie drgnął.
