Stałam w kuchni i patrzyłam na te cztery talerze. Na sernik. Na ten śmieszny nowy obrus w słoneczniki, który kupiłam, bo wydał mi się wesoły. A potem zaczęłam je chować. Talerze do szafki. Obrus złożyłam. Sernik nakryłam ściereczką.
O trzeciej zadzwonił domofon. Kurier. Młody chłopak, może dwadzieścia parę lat, w takiej granatowej kurtce. Stał z ogromnym koszem kwiatów – róże, lilie, coś jeszcze, czego nie rozpoznałam. I koperta. “Najdroższa Mamo, życzymy Ci zdrowia i wszystkiego co najlepsze! Marcin i Agnieszka”.
Kurier uśmiechnął się. “Wszystkiego najlepszego pani! Ktoś panią bardzo kocha.”
Wzięłam ten kosz. Był ciężki. Postawiłam go na stoliku w przedpokoju i zamknęłam drzwi. Potem usiadłam na taborecie przy wieszaku z płaszczami i siedziałam tak może pięć minut, może dwadzieści. Kwiaty pachniały intensywnie, prawie mdląco, w tym ciasnym przedpokoju.
Wieczorem zadzwoniła Hania – jedyna sąsiadka, z którą jeszcze gadam. Siedemdziesiąt pięć lat, mieszka piętro niżej, sama jak ja. “Wiesława, masz urodziny, to chodź na herbatę, upiekłam szarlotkę.” Poszłam. Siedziałyśmy do dziesiątej w jej kuchni. Hania nie pytała o dzieci. Wiedziała.
W sobotę Marcin przyjechał. Sam, bez żony i wnuków. Trzy godziny, z czego godzinę stał na balkonie z telefonem przy uchu. Zostawił kopertę z pieniędzmi na szafce w przedpokoju. Agnieszka w końcu odwołała weekend – “coś wypadło, mamo, ale na Boże Narodzenie to na pewno”.
