I wtedy zrozumiałam jedną rzecz. Nie to, że moje dzieci mnie nie kochają. Kochają. Na swój sposób, w swoim grafiku, między sprawami w sądzie a konferencjami w Gdańsku. Kochają mnie tak, jak ja kochałam swoje szycie – uczciwie, ale z głową przy maszynie, patrząc na zegarek. Przez trzydzieści lat pracowałam dla nich i byłam dumna, że nie muszą pracować tak jak ja. Ale nikt mnie nie uprzedził, że cena za ich lepsze życie będzie moje puste mieszkanie.
Sernik zjadłyśmy z Hanią. Kwiaty stały tydzień, potem zwiędły. Kopertę od Marcina schowałam do szuflady, tam gdzie Tadeusz trzymał swoje dokumenty kolejowe.
Wczoraj kupiłam sobie bilet na wycieczkę do Kotliny Kłodzkiej. Autokar, dwa dni, grupa senioralna. Hania jedzie ze mną. Kiedy powiedziałam o tym Agnieszce przez telefon, zdziwiła się. “Mamo, a od kiedy ty gdzieś jeździsz?”
