Trzydzieści lat pracowałam w fabryce, żeby dzieci miały lepiej. Na moje siedemdziesiąte urodziny złożyli się na kosz kwiatów z dostawą

I proszę – opłaciło się. Marcin skończył prawo, dziś ma kancelarię w Warszawie. Agnieszka prowadzi własną firmę w Poznaniu, coś z marketingiem, nigdy do końca nie zrozumiałam co dokładnie, ale ludzie jej za to płacą i dobrze. Jestem z nich dumna. Naprawdę jestem. Tylko że ta duma ostatnio smakuje trochę jak herbata bez cukru – niby to samo, ale czegoś brakuje.

Tadeusz odszedł osiem lat temu. Serce. Szybko, bez pożegnania – w nocy położył się spać i już się nie obudził. Przez pierwszy rok dzieci dzwoniły codziennie. Przez drugi – co tydzień. Teraz Marcin dzwoni w niedzielę po obiedzie, jeśli nie zapomni.

Agnieszka pisze SMS-y, krótkie, jakby nadawała telegramy: “Mamo, jak zdrowie? Buziaki”. Odpowiadam: “Dobrze, córeczko”. Co innego miałabym napisać? Że wieczorami rozmawiam z telewizorem? Że w sobotę jedyną osobą, która do mnie zagadała, była kasjerka w Biedronce?

Na te urodziny szykowałam się tydzień. Głupia baba ze mnie – upiekłam sernik, ten na kruchym spodzie, przepis jeszcze po mojej mamie. Kupiłam nowy obrus. Wyciągnęłam serwis, ten porcelanowy, który dostaliśmy z Tadeuszem na ślub i którego nigdy na co dzień nie używaliśmy. Cztery nakrycia. Bo Marcin powiedział, że “postara się wyrwać”, a Agnieszka napisała, że “zobaczy, co z grafikiem”.

Rano zadzwonił Marcin. Głos zmęczony, jakby nie spał. “Mamo, nie dam rady, mam sprawę w sądzie, przełożyli z przyszłego tygodnia na dziś, nie mogłem odmówić. Ale w sobotę na pewno wpadnę, dobra?”

Godzinę później SMS od Agnieszki. Nawet nie zadzwoniła. “Mamo, konferencja w Gdańsku, nie zdążę, kocham, w weekend to nadrobię!!!” Trzy wykrzykniki. Jakby ilość wykrzykników mogła zastąpić jej obecność przy stole.