Stałam w pustym mieszkaniu z koszykiem kwiatów od kuriera i płakałam. Gdyby ktoś powiedział mi czterdzieści lat temu, że w dniu swoich siedemdziesiątych urodzin będę właśnie tak stała, uznałabym to za zły żart. Ale życie ma ponure poczucie humoru – i nie pyta, czy jesteś gotowa na puentę.
Tego czwartku rano obudziłam się o szóstej, choć nie musiałam nigdzie iść. Stare przyzwyczajenia – przez trzydzieści lat wstawałam przed świtem, żeby zdążyć na pierwszą zmianę do fabryki.
Szyłam mundurki, fartuchy, odzież roboczą. Wrocław miał wtedy kilka takich zakładów i w każdym siedziały kobiety pochylone nad maszynami, z igłami wbitymi w palce i marzeniami wbitymi w dzieci. Bo dla kogo to było, jeśli nie dla nich?
Mój Tadeusz, niech odpoczywa w pokoju, pracował na kolei. Razem ciągnęliśmy dom. Nie narzekam – mieliśmy swoje. Kawalerka na Kozanowie, potem zamiana na dwa pokoje z kuchnią na Popowicach.
Ogrzewanie miejskie, balkon z widokiem na parking. Ale dzieci miały zawsze czyste ubrania, ciepły obiad i książki do szkoły. Marcin chodził na korepetycje z angielskiego, Agnieszka na kurs komputerowy. Tadeusz brał nadgodziny, ja dorabiałam popołudniami, szyjąc sąsiadkom zasłony i sukienki na wesela.
