Syn wziął moją kartę bankową, żeby “zapłacić za zakupy”. Sprawdziłam wyciąg po tygodniu – brakowało ponad trzech tysięcy

Przez te lata Darek był moim oparciem. Pomagał z zakupami, woził mnie do lekarza, naprawiał kran, kiedy ciekł. Mieszkał dwie przecznice dalej, w kawalerce, którą wynajmował za niewielkie pieniądze od kolegi z technikum. Pracował jako kierowca w firmie kurierskiej – nie zarabiał kokosów, ale jakoś wiązał koniec z końcem. Przynajmniej tak mi się wydawało.

Kiedy zadzwoniłam do niego wieczorem z pytaniem o te trzy tysiące, przez chwilę było cicho. Słyszałam telewizor w tle, jakiś mecz. Potem powiedział spokojnie:

– Mamo, pożyczyłem. Oddam ci za dwa tygodnie. Miałem pilną sprawę do załatwienia.

– Jaką sprawę za trzy tysiące?

– Prywatną.

To słowo – „prywatną” – zawisło między nami jak ściana. Mój syn, z którym jadłam obiady co niedzielę, któremu prałam koszule, bo w jego kawalerce pralka się zepsuła, mówił mi, że to sprawa prywatna.

Nie naciskałam. Wiem, że Darek zamyka się, kiedy czuje presję – odziedziczył to po Bogdanie. Pomyślałam, że może chodzi o jakiś dług, może o dziewczynę, o której mi nie mówił. Dwa tygodnie minęły. Potem miesiąc. Potem dwa.