Syn wziął moją kartę bankową, żeby “zapłacić za zakupy”. Sprawdziłam wyciąg po tygodniu – brakowało ponad trzech tysięcy

Przy kolejnym niedzielnym obiedzie próbowałam delikatnie.

– Darek, te pieniądze…

– Mamo, pamiętam. Teraz mam trudniejszy okres. Oddam.

Paulina, kiedy jej powiedziałam przez telefon, zareagowała ostrzej, niż się spodziewałam.

– Ile razy ci mówiłam, żebyś nie dawała mu pieniędzy? – prawie krzyczała. – On cię wykorzystuje, mamo!

– Nie dawałam mu pieniędzy. Dałam kartę na zakupy.

– I co z tego? Efekt ten sam. To nie pierwszy raz.

Miała rację, choć nie chciałam tego przyznać. Dwa lata temu pożyczyłam Darkowi tysiąc złotych na naprawę samochodu. Oddał po pięciu miesiącach, ale tylko siedemset – resztę „zapomniał”, a ja nie miałam serca przypominać.

Tymczasem trzy tysiące to dla mnie nie były drobne. W szpitalnej administracji nie zarabia się fortuny. Każdą złotówkę liczyłam. Te pieniądze miały pójść na nowe okna w kuchni – stare były nieszczelne, zimą ciągnęło tak, że siadałam do śniadania w swetrze. Już miałam umówionego fachowca. Musiałam odwołać.

Przez kolejne miesiące wytworzył się między nami dziwny rytuał. Darek przychodził na niedzielne obiady, jadł rosół, opowiadał o pracy, a ja czułam, jak między łyżkami zupy rośnie coś twardego i zimnego.