Pożyczyłam synowi 40 tysięcy na remont mieszkania. Spisałam wszystko na kartce, podpisał bez słowa. Kiedy po roku poprosiłam o zwrot, kartka zniknęła z szuflady

Przeszukałam szufladę trzy razy. Potem pozostałe szuflady. Potem szafkę w sypialni, komodę, torebki. Nic. Kartka z kwotą, datą i dwoma podpisami po prostu zniknęła.

Nie mam alarmu. Nie mam kamery. Mam za to syna, który ma klucze do mojego mieszkania i który był u mnie pięć razy w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Raz – kiedy mnie nie było, bo pojechałam do Jadwigi odebrać materiał na sukienkę. Sam zadzwonił wtedy i powiedział, że wpadł podlać kwiaty, bo wiedział, że mnie nie ma.

Podlać kwiaty.

Przez trzy noce nie spałam. Leżałam w ciemności i odtwarzałam w głowie każdą wizytę Damiana z ostatnich tygodni. Czy się kręcił przy sekretarzyku? Czy zostawał sam w przedpokoju? Czy Paulina go o to poprosiła, czy to był jego pomysł?

A potem przyszło pytanie gorsze od wszystkich: czy to naprawdę ma znaczenie, kto wpadł na ten pomysł?

Jadwiga powiedziała krótko: – Idź do prawnika.

Poszłam. Prawnik wysłuchał, pokiwał głową i powiedział coś, co już wiedziałam – bez dokumentu sprawa jest trudna. Mogę złożyć pozew, szukać świadków, ale to będą miesiące, nerwy i koszty. I syn po drugiej stronie sali sądowej.

Mój syn.

Przez tydzień chodziłam jak nieprzytomna. Szyłam w zakładzie – igła leciała prosto, linia była równa, ręce robiły swoje. Ale głowa była gdzie indziej. Wracałam pamięcią do dnia, kiedy Damian miał sześć lat i znalazł na podwórku portfel z pieniędzmi. Przyniósł do domu, oddał mi i powiedział poważnie: – Mamo, to nie nasze. Trzeba zwrócić.

Gdzie się podział tamten chłopiec?