Pożyczyłam synowi 40 tysięcy na remont mieszkania. Spisałam wszystko na kartce, podpisał bez słowa. Kiedy po roku poprosiłam o zwrot, kartka zniknęła z szuflady

– Czterdzieści tysięcy. Oddam ci w ciągu roku, mamo. Maksymalnie półtora.

Jadwiga, z którą szyję razem od piętnastu lat – ona prowadzi drugi zakład, na Krowodrzy – powiedziała mi następnego dnia wprost.

– Renata, idź do notariusza. Spisz to porządnie. Syn synem, ale pieniądze to pieniądze.

Machnęłam ręką. Notariusz, akty, koszty. Po co? To mój Damian. Moje dziecko, które nosiłam pod sercem, które uczyłam wiązać buty i odprowadzałam do szkoły na Limanowskiego. Nie potrzebuję notariusza wobec własnego syna.

Ale nie jestem naiwna – tak przynajmniej o sobie myślałam. Spisałam wszystko na kartce. Czytelnie, drukowanymi literami: kto, komu, ile, kiedy zwrot. Data, dwa podpisy. Damian przeczytał, kiwnął głową i podpisał bez słowa. Nawet się nie skrzywił.

Schowałam kartkę do szuflady sekretarzyka w przedpokoju, tego samego, przy którym Stanisław co wieczór odkładał klucze. Pomyślałam: leży bezpiecznie, a za rok Damian odda i będzie po sprawie.

Remont trwał trzy miesiące. Damian przyjeżdżał do mnie co dwa tygodnie, pokazywał zdjęcia na telefonie – nowa łazienka, panele, kuchnia z wyspą. Paulina wybierała kafle w sklepie, Damian kładł je sam po nocach, żeby zaoszczędzić na fachowcu. Byłam dumna. Mój syn, pracowity, zaradny. Pomogłam i dobrze zrobiłam.

Minął rok.

Zaczęłam od delikatnej aluzji. Byliśmy u mnie na niedzielnym obiedzie – rosół, schabowe, surówka z marchewki, tak jak Damian lubi. Paulina bawiła się telefonem, Damian nakładał sobie dokładkę.

– Damian, pamiętasz o tych pieniądzach? – powiedziałam lekko, jakby od niechcenia.

Nie podniósł wzroku.