Emily była dzieckiem emanującym ciepłem. Sąsiedzi pamiętali, jak witała nieznajomych nieśmiałym uśmiechem, jak dzieliła się zabawkami na placu zabaw, jak jej śmiech rozbrzmiewał niczym dzwonki w letnie wieczory. Jej nieobecność nie była tylko dziurą w jednej rodzinie – to była rana, która przeszyła całą społeczność.
Żałobnicy zapełnili drewniane ławki, pochylając głowy i przyciszając głosy. Kiedy ksiądz zaczął mówić, jego słowa drżały z żalu. Modlitwy, które odczytywał, były znajome, lecz tego ranka miały inny ciężar – każde zdanie ciężkie, odbijające się echem pod wysokim, łukowatym sklepieniem. Niektórzy płakali otwarcie; inni przyciskali chusteczki do ust, by stłumić szloch.
