Serce mi stanęło na sekundę, a potem ruszyło z podwójną siłą. Przelewy wychodzące – co miesiąc, regularnie jak zegarek. Czterysta złotych. Zawsze na ten sam rachunek. Odbiorca: Katarzyna Wrońska.
Katarzyna Wrońska. Powtórzyłam to nazwisko trzy razy, jakby miało mi coś powiedzieć. Nic. Kompletna pustka. Nie znałam żadnej Wrońskiej. Nie w pracy, nie na osiedlu, nie wśród koleżanek z kościoła. Nikt o takim nazwisku nigdy nie pojawił się w rozmowie.
Pierwsze, co pomyślałam – wiadomo. Kochanka. Piętnaście lat przelewów, czterysta złotych miesięcznie. Przeliczyłam – siedemdziesiąt dwa tysiące złotych. Siedemdziesiąt dwa tysiące, o których nie miałam pojęcia. Siedemdziesiąt dwa tysiące powodów, żeby stracić grunt pod nogami.
Siedziałam z tą teczką do trzeciej w nocy. Piłam herbatę, która dawno wystygła, i próbowałam sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek widziałam jakiś sygnał. Czy Bogdan wracał późno. Czy pachniał inaczej. Czy chował telefon. Nic. Bogdan był Bogdanem – spokojnym, trochę milczącym mężczyzną, który po pracy szedł na działkę albo oglądał mecz. Nigdy nie dawał powodów do podejrzeń. A może dawał, a ja nie chciałam widzieć?
Rano zadzwoniłam do banku. Pani w słuchawce powiedziała, że jako spadkobierczyni mogę uzyskać pełną historię konta, ale muszę przyjść z aktem zgonu i postanowieniem o nabyciu spadku. To trwało tydzień. Siedem dni, przez które wymyślałam scenariusze jeden gorszy od drugiego. Drugie życie. Drugie dziecko. Może ktoś go szantażował.
