Kiedy w końcu dostałam pełną historię, usiadłam w samochodzie na parkingu przed bankiem i przeglądałam strona po stronie. Przelewy zaczynały się w lutym dwie tysiące dziewiątego. Czterdzieści lat wcześniej – nie, piętnaście. Piętnaście lat, co miesiąc, bez jednej przerwy. Nawet wtedy, kiedy ledwo wiązaliśmy koniec z końcem po remoncie dachu. Nawet wtedy, kiedy pożyczaliśmy od Agaty na opłaty.
Wpisałam nazwisko w internecie. Katarzyna Wrońska, Olsztyn. Nic konkretnego. Ale potem spróbowałam dodać nazwisko Wroński. I wtedy się pojawiło.
Nekrolog. Dariusz Wroński, lat czterdzieści jeden, zginął tragicznie w wypadku przy pracy, styczeń dwa tysiące dziewiątego. Pozostawił żonę i córkę.
Styczeń dwa tysiące dziewiątego. Miesiąc przed pierwszym przelewem.
Wypadek przy pracy. Zaczęłam szukać dalej, z rosnącym drżeniem rąk. I poskładałam to z kawałków – ze starego nekrologu, z kilku zdań na lokalnym forum, z jednej wzmianki w archiwum gazety. Dariusz Wroński pracował razem z Bogdanem. Zginął na zmianie, w styczniu dwa tysiące dziewiątego. Szczegółów było niewiele, ale jedno zdanie wbiło mi się w głowę – że przy wypadku obecny był współpracownik, który wezwał pomoc.
Współpracownik.
