Przez pierwszy miesiąc po pogrzebie funkcjonowałam na autopilocie. Chodziłam do pracy w urzędzie miasta, jak co dzień od dwudziestu sześciu lat. Wracałam do pustego mieszkania na osiedlu Pojezierze, robiłam herbatę, siadałam w fotelu Bogdana i patrzyłam w ścianę.
Córki dzwoniły codziennie – Agata z Gdańska, Patrycja z Warszawy. Obie chciały przyjechać, pomóc. Mówiłam, że dam radę. Nie dawałam rady, ale tego nie umiałam powiedzieć na głos.
W marcu wzięłam się za papiery. Bogdan był kolejarzem, przepracował na kolei trzydzieści osiem lat, więc dokumentów było sporo. Renty, ubezpieczenia, zaświadczenia. Któregoś wieczoru otworzyłam szufladę w jego biurku – tę dolną, do której zawsze chował swoje rzeczy. Stare zeszyty, instrukcje do urządzeń, których już nie mieliśmy, i cienka teczka z logo banku, w którym oboje nie mieliśmy konta.
Otworzyłam ją, bo myślałam, że to jakaś stara oferta kredytowa. Ale w środku były wyciągi. Konto osobiste na nazwisko Bogdan Malicki. Mój mąż. Tylko że ja o tym koncie nie wiedziałam.
