Są dni, które wydają się zwyczajne, niemal szare, a jednak pozostawiają niezatarte wrażenie. Tego popołudnia, jak zwykle, prowadziłem swój mały sklepik, gdy drzwi się otworzyły i ukazała się Élodie, z odwróconym wzrokiem. Ściskała swoje nowo narodzone dziecko z rozdzierającą serce intensywnością, jakby świat mógł się zawalić przy najmniejszym potknięciem. Nie śmiała zrobić kroku ani nawet przemówić. Wszystko w niej wyrażało strach przed odrzuceniem.
Szeptane wołanie o pomoc

Nie wahałem się. Nie zadawałem jej żadnych pytań. Chwyciłem to, co było pod ręką: chleb, mleko, coś, co dodałoby jej sił. Podałem jej torbę, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.
