W miarę jak zbliżał się nasz ślub, poczucie winy rosło. Każdy szczegół wydawał się zdradą. Czy znieważyłem Annę, idąc naprzód? A może byłem niesprawiedliwy wobec Claire, kochając ją sercem, które wciąż tęskniło za kimś innym?
To właśnie to zamieszanie zaprowadziło mnie tamtej nocy na cmentarz.
Deszcz przemoczył mi kurtkę, gdy klęczałem przy grobie Anny, strzepując błoto z wyrytych liter jej imienia. Ręce mi się trzęsły – nie z zimna, ale od prawdy, która ściskała mi pierś.
„Wciąż cię kocham” – wyszeptałem. „I ją też kocham. Nie wiem, jak utrzymać oboje, nie zrywając więzi”.
Deszcz odpowiedział za nią.
Wtedy za mną odezwał się głos — cichy, spokojny, niewątpliwie ludzki.
„Miłość nie znika tylko dlatego, że ktoś inny znika.”
Odwróciłam się zaskoczona.
Kilka kroków dalej stała kobieta, trzymając w ręku mały bukiecik białych róż.
Deszcz przywierał do jej włosów i sierści, ale ona zdawała się dziwnie niewzruszona. Jej wyraz twarzy nie był ciekawy ani natarczywy – po prostu delikatny.
„Nie przestaje się kochać zmarłych” – kontynuowała. „Po prostu uczy się nosić tę miłość w inny sposób”.
Nazywała się Elena Hayes. Powiedziała mi, że jej brat zginął trzy lata wcześniej podczas służby za granicą. Burzliwe noce ją tu przyciągnęły, powiedziała. Wydawały się szczere. Niesfiltrowane.
