Dzień przed moim drugim ślubem pojechałam gdzieś, gdzie nie planowałam zostać długo.
Obiecałam sobie, że to będzie krótkie – akurat tyle, żeby uprzątnąć chwasty z kamienia, posadzić zwiędłe kwiaty i spokojnie się pożegnać. Nic dramatycznego. Nic emocjonalnego.
Ale smutek nigdy nie respektuje harmonogramów.
Nazywam się Daniel Whitmore. Cztery lata temu moja pierwsza żona, Anna, zginęła pod kołami pijanego kierowcy w deszczową noc, podobną do tej. Miała trzydzieści dwa lata. W jednej chwili śmiała się z czegoś w radiu, a w następnej już jej nie było. Od tamtej pory mieszkam w Seattle, przemierzając dni na autopilocie, próbując przetrwać, a nie żyć, przekonując samego siebie, że rutyna to to samo, co uzdrowienie.
Potem w moim życiu pojawiła się Claire.
Nie próbowała mnie ratować. Nie poganiała mnie. Po prostu stała tam, gdzie była pustka i nie odwracała się. Dostrzegała pauzy w moich zdaniach, sposób, w jaki unikałam pewnych wspomnień. Zadawała pytania, które nie były nachalne, po prostu szczere. Z czasem – powoli, po cichu – znów się zakochałam.
I to mnie przerażało.
