Kiedy spotkaliśmy się u notariusza w styczniu, Zbyszek przyszedł z adwokatem. Nie z żoną, nie z kwiatami – z adwokatem. Usiadł naprzeciwko mnie i patrzył, jak notariusz otwiera kopertę.
Mama zapisała mi mieszkanie. Całe. A Zbyszkowi – album ze zdjęciami z jego dzieciństwa i list. Notariusz odczytał list na głos, bo mama tak sobie życzyła.
“Zbyszku, kocham Cię, bo jesteś moim synem. Ale miłość i sprawiedliwość to dwie różne rzeczy. Renata oddała mi piętnaście lat swojego życia. Ty oddałeś mi trzy godziny w szpitalu i kosz owoców. Mieszkanie zostawiam jej, bo ona je zarobiła – nie pieniędzmi, ale sobą.”
W kancelarii zrobiło się cicho. Adwokat Zbyszka zaczął coś mówić o zachowku, o możliwości podważenia testamentu. Zbyszek siedział nieruchomo. A potem spojrzał na mnie – i po raz pierwszy od lat zobaczyłam w jego oczach coś, co nie było obojętnością. Zobaczyłam wstyd.
Nie powiedział “przepraszam”. Wstał, wziął album ze zdjęciami i wyszedł.
