Brat przez całe życie nie interesował się mamą. Kiedy mama umarła, przyszedł do mnie z jednym pytaniem – kiedy otwieramy testament

– Renata, ty wiesz, że ja tu mam firmę. Nie mogę tak po prostu rzucić i jechać. Zresztą, ty sobie świetnie radzisz. Mama zawsze mówiła, że ty jesteś tą odpowiedzialną.

Tą odpowiedzialną. Jakby odpowiedzialność była prezentem, a nie ciężarem, który noszę, bo nikt inny nie chciał go podnieść.

Przez kolejne trzy lata moje życie wyglądało tak: praca od siódmej do piętnastej, mama od szesnastej do dwudziestej pierwszej, weekendy – mama cały dzień. Tadeusz coraz częściej jadał kolację sam. Karolina zaczęła studia w Krakowie i rzadko dzwoniła. Moje koleżanki z apteki jeździły na urlopy, a ja ostatni raz byłam nad morzem sześć lat wcześniej. Na trzy dni.

Kiedy mama trafiła do szpitala z zapaleniem płuc, nocowałam na krześle obok jej łóżka przez jedenaście nocy. Pielęgniarki znały mnie z imienia. Jedna, Agnieszka, zapytała kiedyś wprost: “A pani brat? Nie przyjedzie?” Wzruszyłam ramionami. Co miałam powiedzieć?

Zbyszek przyjechał raz. Na trzy godziny. Przywiózł mamie kosz owoców owinięty w celofan, taki jak się kupuje na stacjach benzynowych. Siedział przy łóżku, patrzył w telefon, a kiedy mama zasnęła, powiedział: “No, wygląda nieźle, co nie?” i pojechał.

Mama umarła czternastego grudnia, w sobotę, o szóstej rano. Byłam przy niej. Trzymałam ją za rękę – tę samą rękę, która dwadzieścia lat temu pakowała Zbyszkowi pączki na drogę. W pokoju pachniało lekami i starym drewnem meblościanki, którą tata kupił w osiemdziesiątym piątym roku.

Zbyszek przyjechał na pogrzeb. W czarnym garniturze, pachnący wodą kolońską, z żoną Beatą, którą widziałam może pięć razy w życiu. Stał nad grobem z kamienną twarzą. Nie płakał. Potem, na stypie w restauracji przy rynku, jedli z Beatą kotlety schabowe i rozmawiali z daleką rodziną, jakby to było zwykłe spotkanie rodzinne.

A potem ten telefon, trzy dni później.

Testament.

Mama zostawiła testament, tak. Sporządzony u notariusza dwa lata przed śmiercią, kiedy jeszcze dobrze rozumiała, co podpisuje. Ja o nim wiedziałam – sama ją zawiozłam do kancelarii. Nie pytałam, co napisała. To było jej prawo.