Mój mąż Tadeusz mówił, że robię za dużo. Że mam własną rodzinę – jego i naszą córkę Karolinę. Że mama powinna iść do DPS-u albo przynajmniej mieć opiekunkę. Ale ja patrzyłam na mamę siedzącą w fotelu przy oknie, tę samą mamę, która mnie uczyła robić pierogi i która płakała ze szczęścia na mojej komunii, i nie umiałam powiedzieć: “Mamo, nie dam rady.”
Więc dawałam radę. Przez piętnaście lat.
Pierwsze poważne problemy zaczęły się, kiedy mama skończyła siedemdziesiąt osiem lat. Cukrzyca się pogorszyła, kolana odmówiły posłuszeństwa, a do tego doszły kłopoty z pamięcią. Lekarz powiedział wprost: potrzebuje stałej opieki. Zadzwoniłam wtedy do Zbyszka. Pamiętam tę rozmowę, bo nagrałam ją – nie wiem czemu, instynkt chyba.
– Zbyszek, mama potrzebuje kogoś na stałe. Ja pracuję, nie jestem w stanie być u niej dwadzieścia cztery godziny na dobę. Może byś przyjechał na jakiś czas, pomógł mi to ogarnąć?
Cisza. Potem westchnienie.
