Brat przez całe życie nie interesował się mamą. Kiedy mama umarła, przyszedł do mnie z jednym pytaniem – kiedy otwieramy testament

Powinnam się zdziwić. Ale ja się nie zdziwiłam. Zbyszek wyjechał z Częstochowy dwadzieścia dwa lata temu, kiedy dostał pracę w firmie budowlanej pod Wrocławiem. Miał wtedy trzydzieści lat, ja dwadzieścia pięć.

Mama odprowadzała go na dworzec z torbą pączków na drogę i łzami w oczach. “Jedź, synku, jedź, tam będzie ci lepiej” – powtarzała. Wierzyła w to szczerze. Ja też wtedy wierzyłam, że odległość to jedyny powód, dla którego brat przestanie dzwonić.

Najpierw telefony przychodziły co tydzień. Potem co miesiąc. Potem na święta. Potem – kiedy Zbyszek potrzebował numeru PESEL mamy do jakiegoś urzędowego formularza.

Ja zostałam. Pracowałam jako farmaceutka w aptece przy ulicy Kopernika, pięć przystanków autobusem od bloku, w którym mama mieszkała sama po śmierci taty. Codziennie po pracy wsiadałam w ten autobus.

Czasem z lekami, które załatwiałam przez znajomości, bo NFZ nie refundował wszystkiego, czego mama potrzebowała. Czasem z obiadem w pojemniku, bo mama zapominała jeść, odkąd nogi zaczęły ją zawodzić.