– Sąd też orzekł, że masz mi zapłacić sto czterdzieści tysięcy.
Wzruszył ramionami. Po trzydziestu latach małżeństwa potrafił jeszcze mną wstrząsnąć – tym wzruszeniem ramion, jakby moje sto czterdzieści tysięcy było drobnostką, kaprysem, zachcianką. Jakby dwadzieścia lat spłacania kredytu z mojej pensji urzędniczki było czymś, co można machnąć ręką.
Wróciłam do kawalerki i płakałam z wściekłości. Potem wytarłam nos, zrobiłam herbatę i zadzwoniłam do Agnieszki.
– Mamo, idź do komornika – powiedziała córka.
– Córeczko, on jest na emeryturze. Komornik zajmie mu może trzysta złotych miesięcznie. Policzyłam – spłata potrwa czterdzieści lat. Będę miała sto dwa lata.
Agnieszka milczała. Obie wiedziałyśmy, że matematyka jest bezlitosna.
Minęło pół roku. Nauczyłam się żyć w kawalerce. Nauczyłam się gotować na jednym palniku, bo drugi był zepsuty, a właściciel nie kwapił się z naprawą. Nauczyłam się chodzić na czwarte piętro z siatkami z Biedronki, odpoczywając na każdym piętrze. Nauczyłam się nie patrzeć w stronę Słowackiego, kiedy jechałam autobusem do przychodni.
A potem Krysia, moja dawna sąsiadka z tamtego bloku, zadzwoniła z wiadomością, która wszystko zmieniła.
– Wiesława, nie chciałam mówić, ale… oni robią remont. Wywalili podłogi, wymienili okna. Słyszę wiertarki od rana do wieczora.
Cisza. Moja cisza i jej cisza. Dwie kobiety po sześćdziesiątce, rozdzielone słuchawkami, rozumiejące to samo.
Remont. Jerzy, który nie miał pieniędzy na spłatę, remontował mieszkanie. Nasze mieszkanie. Kładł nowe panele na podłodze, po której chodziłam dwadzieścia lat. Wymieniał okna, przez które patrzyłam na kasztanowiec rosnący pod blokiem. Przerabiał kuchnię, w której ugotowałam tysiące obiadów.
Następnego dnia poszłam do prawniczki. Młoda, zdecydowana, gabinet na pierwszym piętrze kamienicy przy Żeromskiego. Wysłuchała, kiwnęła głową i powiedziała coś, co do dziś pamiętam słowo w słowo.
– Pani Wiesławo, on nie tyle nie może płacić. On nie chce. A to są dwie zupełnie różne rzeczy.
