Nakarmiłem głodującą matkę i jej dziecko… Potem zostawiła mi zabawkę i obietnicę, którą zrozumiałem dopiero po latach.

Są dni, które wydają się zwyczajne, niemal szare, a jednak pozostawiają niezatarte wrażenie. Tego popołudnia, jak zwykle, prowadziłem swój mały sklepik, gdy drzwi się otworzyły i ukazała się Élodie, z odwróconym wzrokiem. Ściskała swoje nowo narodzone dziecko z rozdzierającą serce intensywnością, jakby świat mógł się zawalić przy najmniejszym potknięciem. Nie śmiała zrobić kroku ani nawet przemówić. Wszystko w niej wyrażało strach przed odrzuceniem.

Szeptane wołanie o pomoc

Jej głos był prawie niesłyszalny, kiedy w końcu przeprosiła. Wyjaśniła, że ​​karmi piersią, nie jadła od dwóch dni i po prostu potrzebuje czegoś, żeby się utrzymać. Żadnych długich przeprosin, żadnej dramatycznej historii. Po prostu prosta, wręcz wstydliwa prośba.
Nie wahałem się. Nie zadawałem jej żadnych pytań. Chwyciłem to, co było pod ręką: chleb, mleko, coś, co dodałoby jej sił. Podałem jej torbę, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.