Po wypadku samochodowym, który przykuł mnie do wózka inwalidzkiego na miesiące, zakładałam, że największym wyzwaniem będzie ponowna nauka chodzenia. Myliłam się – prawdziwa walka zaczęła się, gdy odkryłam, jak wiele dla mojego męża znaczyła opieka nad mną.
Jestem 35-letnią kobietą i przed wypadkiem to ja byłam spoiwem podtrzymującym moje małżeństwo.
Pokryłem większość naszych wydatków.
Gotowałem. Sprzątałem.
Udało mi się sprostać każdemu spotkaniu, każdemu telefonowi, każdej chwili „Czy możesz się tym zająć, kochanie? Jestem beznadziejna z papierkową robotą”.
Za każdym razem, gdy mój mąż chciał zmienić pracę albo „zrobić sobie przerwę i wszystko poukładać”, siadałam z arkuszami kalkulacyjnymi i umożliwiałam mu to. Pracowałam po godzinach. Zachęcałam go do tego. Nigdy nie liczyłam, kto więcej daje. Wierzyłam, że małżeństwo to praca zespołowa i że z czasem wszystko się wyrówna.
Byliśmy razem od dziesięciu lat. Naprawdę wierzyłem, że nasz związek jest silny.
Potem miałem poważny wypadek samochodowy.
Nie pamiętam samego wypadku – tylko zielone światło i sufit szpitala.
Przeżyłem, ale moje nogi nie wyzdrowiały łatwo. Nie były trwale sparaliżowane, ale były na tyle słabe, że potrzebowałem wózka inwalidzkiego. Lekarze byli pełni nadziei.
„Sześć do dziewięciu miesięcy fizjoterapii” – powiedzieli. „Na początku będziesz potrzebował dużo pomocy. Przenoszenie. Kąpiel. Poruszanie się. Przez jakiś czas nie będziesz mógł sam obciążać ciała”.
