Zięć zaproponował, żebym przeniosła się do domu opieki – “bo tam będą się panią lepiej zajmować”. Czekałam, aż córka się odezwie, zaprotestuje, powie coś

Nie płakałam. Chciałam, ale nie dałam sobie na to pozwolenia. Jeszcze nie.

Przez następne dwa tygodnie Marzena dzwoniła codziennie. Krótkie rozmowy, ostrożne, jakbyśmy obie chodziły po cienkim lodzie. Nie wspominałyśmy o Mrągowie. Dariusz się nie odzywał.

W trzecim tygodniu Marzena przyjechała sama. Bez zakupów, bez złotych rad. Usiadła przy kuchennym stole, wypiła herbatę z cytryną i powiedziała: – Przepraszam, mamo. Powinnam była to powiedzieć od razu, a nie zmywać gary jak tchórz.

Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na nią – na zmarszczki wokół oczu, które miała po mnie, na siwe pasemko, które miała po ojcu.

– Wiesz, co mnie najbardziej zabolało? – spytałam w końcu. – Nie to, co powiedział Dariusz. On ma prawo mieć swoje zdanie. To, że ty milczałaś.

Marzena skinęła głową. Nie próbowała się tłumaczyć, nie mówiła, że Dariusz ją namówił, nie szukała wymówek. I za to ją szanowałam.