Nie pocieszałam go. Nie miałam na to siły. Ale poprosiłam, żeby z nim porozmawiał. Mężczyzna z mężczyzną, ojciec z synem. Bogdan obiecał, że spróbuje.
Teraz jest październik. Osiem miesięcy od tamtej transakcji na wyciągu. Darek oddał mi sześćset złotych – w trzech ratach po dwieście, które wkładał mi do ręki przy niedzielnych obiadach, jakby to mogło wymazać resztę. Chodzi na terapię, choć nie wiem, czy regularnie. Bogdan faktycznie z nim rozmawiał – nie znam szczegółów, Darek powiedział mi tylko tyle, że „ojciec dzwoni czasem”.
Trzy tysiące pewnie nigdy nie wrócą w całości. Okna w kuchni nadal są stare. Ale kiedy patrzę, jak Darek kroi chleb przy moim stole w niedzielę, wiem, że są rzeczy droższe od trzech tysięcy. I są rzeczy tańsze od prawdy, ale za żadne pieniądze nie chciałabym do nich wracać.
Wczoraj wyjęłam kartę z portfela i schowałam ją do szuflady pod rachunkami. Nie dlatego, że nie ufam Darkowi. Dlatego, że uczę się stawiać granice – nawet wtedy, kiedy serce mówi, że nie powinnam.
