Pierwsza rata przyszła po sześciu tygodniach. Cztery tysiące złotych. Potem druga, trzecia. Regularnie, piętnaście dniach każdego miesiąca. Bez słowa, bez telefonu, przelew z tytułem “spłata – rata nr…”
Agnieszka mówi, że powinnam się cieszyć. I cieszę się – w jakimś sensie. Odłożyłam już tyle, że mogę myśleć o kupnie czegoś własnego. Czegoś małego, skromnego, ale mojego. Bez właściciela, który nie naprawia palnika. Bez klatki schodowej na czwarte piętro.
Ale czasem wieczorem, w tej wynajętej kawalerce na Gołębiowie, robię sobie herbatę i siadam przy oknie. Patrzę na parking, na latarnie, na bloki naprzeciwko. I myślę o tym, że sprawiedliwość nie powinna wymagać tylu telefonów, tylu rozpraw, tylu łez w poduszkę. Że po trzydziestu latach wspólnego życia człowiek nie powinien musieć walczyć o to, co jest oczywiste.
Ale potem odkładam kubek, otwieram zeszyt i zapisuję kwotę z ostatniego przelewu. Bo nauczyłam się jednego – nikt nie zadba o moje sprawy za mnie. Nawet jeśli obiecywał, że będzie.
