Przez piętnaście lat dokładałam się do rachunków teściów – prąd, gaz, leki, jedzenie. Kiedy teść umarł, teściowa przepisała mieszkanie na szwagra

Teść umarł w styczniu. Cicho, we śnie, tak jakby nie chciał nikogo kłopotać do samego końca. Na pogrzebie Dariusz stał z kamienną twarzą i trzymał matkę pod ramię. Ja stałam z tyłu, z termosem gorącej herbaty, bo Irena zawsze marzła.

Po pogrzebie życie toczyło się dalej. Dalej przelewaliśmy pieniądze. Dalej woziłam Irenę do lekarza, dalej kupowałam jej leki. Wojciech wymieniał jej kran w kuchni, naprawiał kontakt w przedpokoju. Dariusz zadzwonił dwa razy w ciągu dwóch miesięcy.

A potem, w marcu, Irena powiedziała, że musi porozmawiać z Wojciechem. Pojechaliśmy do niej razem. Siedziała w kuchni, na stole leżały papierowe serwetki i talerzyk z krówkami, jakby przygotowała się na wizytę. I powiedziała spokojnie, prawie urzędowo, że postanowiła przepisać mieszkanie na Dariusza. Że już była u notariusza, że akt darowizny jest gotowy do podpisu.

Cisza. Pamiętam tę ciszę. Zegar na ścianie tykał, z kranu kapała woda, a ja patrzyłam na męża i czekałam.

– Mamo, ale dlaczego Darek? – zapytał Wojciech, i usłyszałam, że stara się, żeby głos mu nie drżał.

– Bo Darek nie ma nic – odpowiedziała Irena. – Ty masz mieszkanie, masz pracę, masz Renatę. A Darek po rozwodzie został z niczym. On potrzebuje bardziej.

Chciałam powiedzieć, że my też mamy kredyt. Że piętnaście lat przelewów to nie jest „nic”. Że Dariusz nie ma „nic”, bo przez całe życie robił wybory, które do tego „nic” prowadziły. Ale się nie odezwałam. Bo to była matka mojego męża i to nie była moja rozmowa