„Nie wiem, jak sobie z tym poradzę”: to powiedzieli menedżerowie baru śledczym kilka godzin po pożarze w Crans-Montana.

Retrospekcja wieczoru, który zmienił wszystko.
Jak wyjaśnia Jessica Moretti, wieczór był mniej gorączkowy niż poprzednie. Przybyła o 22:30, podczas gdy jej mąż pracował w innej restauracji, Senso, której są właścicielami w pobliżu. „O północy było tam bardzo mało ludzi” – mówi. Grupy stopniowo przybywały, więc według niej liczba gości wzrosła do prawie 100. „Właśnie mówiłam Cyane, że potrzebujemy więcej gości, żeby ożywić atmosferę” – wyznała. Potem nadszedł moment, w którym wszystko się zmieniło. Kelnerki w maskach, siedzące na ramionach kelnerów, przyniosły do ​​stolików butelki z zimnymi ogniami. „Nagle poczułam przypływ energii” – relacjonuje menedżerka. Kontynuowała: „Zobaczyłam pomarańczowe światło w pobliżu baru. Natychmiast krzyknęłam: «Wszyscy na zewnątrz!» I od razu pomyślałam o wezwaniu straży pożarnej”. Wyszłam z budynku głównym wejściem i poszłam na górę, żeby powiedzieć ochroniarzowi, żeby wyprowadził wszystkich. Gdy już byłem na zewnątrz, zadzwoniłem pod numer alarmowy 118. Była godzina 1:28 w nocy.

Po przybyciu na miejsce wypadku Jacques Moretti wyjaśnił, że wyszedł na patio. „Wszystkie drzwi patio były otwarte i było tam mnóstwo ludzi” – powiedział. Aby dostać się do budynku, on i dwie inne osoby podeszli do bocznego wejścia, które było „zamknięte od wewnątrz i zabezpieczone zasuwą”, co według Morettiego nie było regułą. To wyjście różniło się od wyjścia ewakuacyjnego w piwnicy. „Wyważyliśmy drzwi i po kilku sekundach ustąpiły” – relacjonował. Następnie odkrył kilka nieprzytomnych osób leżących na ziemi. „Moja pasierbica Cyane była jedną z nich. Wyciągnęliśmy ją na zewnątrz i ułożyliśmy w pozycji bezpiecznej” – powiedział, wyraźnie poruszony, zanim rozpoczął resuscytację krążeniowo-oddechową.