– A co cię to dziwi? – powiedział tonem, od którego zrobiło mi się zimno. – To moja działka. Legalnie, notarialnie, jasna sprawa.
– Dariusz, mama nie żyje od sześciu tygodni.
– I co? Mam tam jeździć sadzić truskawki? Rena, bądź realistką. Działka jest warta konkretne pieniądze. A ja mam kredyt i żona narzeka na mieszkanie. To normalna decyzja dorosłego człowieka.
Rozłączyłam się. Nie płakałam. Siedziałam w kuchni i patrzyłam na zdjęcie mamy, które stoi na lodówce – mama w kapeluszu na działce, z koszem porzeczek. Uśmiechnięta tak, jakby cały świat był dobry.
Konsultowałam się z prawnikiem. Dowiedziałam się, że darowizna jest darowizną – mama była przytomna, świadoma, podpisała dobrowolnie. Mogę dochodzić zachowku, ale to długa droga, a wynik niepewny.
Nie wiem, czy będę walczyć w sądzie. Wiem, że straciłam coś więcej niż kawałek ziemi z jabłoniami. Straciłam brata – a może nigdy go nie miałam, tylko łudziłam się przez pięćdziesiąt lat, że gdzieś pod tą obojętnością jest ktoś, komu naprawdę zależy.
Czasem wieczorem otwieram te zdjęcia na laptopie. Patrzę na altankę, na grządki, na jabłoń. I myślę, że mama pewnie wiedziała. Gdzieś w głębi wiedziała, ale tak bardzo chciała wierzyć w tego zmienionego Dariuszka, że zamknęła oczy – tak jak ja zamykałam oczy przez lata, udając, że mam normalną rodzinę.
Działka pewnie już się sprzedała. Nie sprawdzam.
