Weszła do kościoła w sukni ślubnej… ale wyszła z niego z czymś o wiele cenniejszym niż małżeństwo: prawdą.

Głębokie dźwięki organów rozbrzmiewały w katedrze św. Michała Archanioła, wstrząsając moimi kośćmi, gdy stałam przy ołtarzu w sukni ślubnej z kości słoniowej. Promienie słońca sączyły się przez witraże, malując mój welon odcieniami rubinu i złota. Dwieście osób patrzyło w milczącym oczekiwaniu.

To powinna być najszczęśliwsza chwila w moim życiu.
Zamiast tego, moje serce pękło od prawdy, która niszczy człowieka jednym tchem.

Dobę wcześniej nadal wierzyłam w miłość.
Nadal wierzyłam w rodzinę.
Nadal wierzyłam, że macocha mnie ochroni, a nie zdradzi.

Nadal wierzyłam, że Nathaniel mnie kocha.

Ale czasami życie ukazuje się nagle, niczym kurtyna opuszczona w sztuce, w której nie wiedziałeś, że jesteś uwięziony.


Nazywam się Celeste Darin i trzy miesiące temu myślałam, że buduję sobie życie pełne pewności. Miałam pracę, którą kochałam, ojca, który wychował mnie z życzliwością, i narzeczonego podziwianego przez cały świat. A moja macocha, Diana – wyrafinowana, pełna wdzięku, zdolna – rzuciła się w moje małżeństwo z tym, co uważałam za uczucie.

Pomyliłem intensywność z oddaniem.
Pomyliłem uwagę z miłością.